Polecany post

30 pazdziernika 2016, Polscy imigranci w Brukseli - 15 lat pozniej

fot. Adrian Van Leen Dotarlam do archiwalnych studiow Instytutu Studiow Spolecznych UW (seria Prace Migracyjne nr 41) z 2001 roku: "...

13 sierpnia 2017, artysci na uchodzctwie, czyli refleksje o fatum pamieci

Felix Nussbaum 'Exile'
Kiedy patrze na ten obraz (przypadkowo odkryty podczas grzebania w sieci, widzialam inne plotna na wystawie "Niewidzialne Museum" w centrum kultury Wiels), widze czlowieka zlamanego, bezradnego. Pomieszczenie, w ktorym skulil sie mezczyzna, jest puste, jakby zostalo juz oproznione na wyjazd. Na niemozliwie dlugim stole stoi tylko globus przypominajacy, ze dom bedzie od teraz gdzie indziej. Tam, gdzie bedzie wzglednie bezpiecznie, gdzie nie zapytaja, kto, jak i z kim. Gdzie bedzie mozna tworzyc jako artysta, a nie jako Zyd, muzulmanin, chrzescijanin, dziecko ulicy czy rodzina opozycyjnego polityka.

Ten obraz przypomina mi ksiazki, ktore ostatnio przeczytalam: "Emigranci", niemieckiego pisarza W. G. Sebalda i rodzimego Henryka Grynberga "Uchodzcy". Jedna i druga sa pozornie zapisami wspomnien autobiograficznych (Grynberg), lub biograficznych czterech postaci (fikcyjnych, choc wydaje sie, ze istniejacych naprawde po zapoznaniu sie z obszernym materialem zdjeciowym dolaczonym do ksiazki). Co je laczy? Wszystkie narracje sa tworzone przez postac z obrazu Nussbauma. Ludzi bez korzeni, odlaczonych jak gitara od pradu, od zycia. Zdolni do tworzenia, ale jakos pusci, bez energii, ktora popychala ich ku awangardzie w ich krajach. Niemcy, Polska, a docelowo Stany Zjednoczone, Szwajcaria, Izrael, Wielka Brytania. Grynberg nawet doslownie zauwaza, ze jeden z jego bohaterow, Marek Hlasko, po prostu nie potrafil pisac bez polskiej rzeczywistosci i tej mentalnosci, jednak odleglej od amerykanskiej. Frykowski czy sam Grynberg rowniez szukali inspiracji, ktorej jakos za oceanem bylo mniej. Byl alkohol, latwe okazje do zarobku, ale nie w zawodzie, w ktorym zablysneli w Polsce. Bohaterowie Sebalda z kolei izolowali sie od spolecznosci (w szklarni, w zakurzonym atelier, w odleglych zakatkach Europy), aby przeszlosc nie dawala znac. W obu ksiazkach niemozliwa ucieczka doprowadzala do samobojstw, samounicestwienia (terapia elektrowstraszami wujka Ambrosa), dziwactw (jak malowanie w pomieszczeniu pelnym smieci, bibelotow i ulatniajacego sie kurzu albo kontemplowanie starych plocien sprzed II wojny swiatowej przy uzyciu lupy w poszukiwaniu odpowiedzi na zabojstwo rodzicow). Pamiec rodzinna doprowadzala kolejne pokolenia do obsesyjnego szukania prawdy, grzebania w przeszlosci, w konfrontacji z trauma. Ale czy to spotkanie uleczalo? Na pewno dostarczalo wiedzy, co tak naprawde mialo miejsce. Bol jednak obecny jest w kazdej z opowiesci, kazdej karcie i zyciorysie. Nawet u czytelnika, ktory przeciez odbywa te podroze w przeszlosc, nierzadko wspominajac wlasne historie rodzinne.

Wrocmy do obrazu. Jako widz mozemy snuc tysiace przypuszczen. Ale po zapoznaniu sie z zyciorysem malarza, Felixa Nussbauma, szybko odkryjemy wspolna nic losow z jego malowanymi modelami i nim samym. Zydowskiego pochodzenia (jak wszyscy z powyzszych bohaterow), byl jednym z obiecujacych malarzy ruchu surrealisttycznego w miedzywojennych Niemczech. Po dojsciu do wladzy Hitlera najpierw ukrywal sie z zona Felka w Brukseli, a potem w Ostende. Kiedy Nazisci dotarli i tam, zostal przewieziony do Francji, a kiedy ukrywajacych sie malzonkow znaleziono w jednym z domow przyjaciol, zostali przetransportowani do Oswiecimia. Tam zginela cala rodzina Nussmauma: rodzice i brat. Ostatni z zyjacych czlonkow rodziny zmarl z wycienczenia w Stuthof.

Czy powinnam impregnowac czytajacych, kiedy opisuje historie z zeszlego stulecia? Nie, bo te historie i te narracje powtarzaja sie wsrod obiecujacych artystow-uchodzcow, ktorzy przybywaja do Europy teraz. Malarze, muzycy, poeci staraja sie o azyl, majac za soba wycienczajace podroze z wlasnych krajow, reperkusje, a czesto zabojstwa czlonkow rodziny przez rezim, ktorego byli przeciwnikami. Ta pamiec: o wlasnej ziemi, o rodzinie, o przodkach przesladuje i czasem nie pozwala na integracje, o jaka chodzi spolecznosci przyjmujacej. Jak napisal w lisciku post-it pewien somalijski uchodzca, mlody poeta, ktorego kiedys poznalam:
 "Jest wiele drzwi, ktore bede dla Ciebie zamkniete. Miej odwage je otworzyc, a wtedy przeszlosc przestanie Cie scigac. Przyszlosc zagosci na Twojej twarzy usmiechem i tysiacem motyli. Idz i odlec w chmurach".
Albo bohater Sebalda:
"Jest taka niemiecka okrutna bajka, w ktorej jesli tylko poddasz sie czarowi, bedziesz musial mu ulegac do konca, az Twoje serce peknie, bez wzgledu na to, ile pracy wlozyles w jego zdjecie - w tym kontekscie tym czarem jest pamiec, pisanie i czytanie".
Czytajmy, piszmy, i pamietajmy, chocby byla to lektura bolesna.

11 czerwca 2017, opowiesc o mieszkaniach w Brukseli

Dla tych, ktorzy nie pamietaja, pisalam juz o udrekach emigranta mieszkajacego w grupie po kilka osob na kilku metrach kwadratowych. Byly to realia brytyjskie, ale i w stolicy Europy zdarza sie coraz czesciej (i jest to, naturalnie, wymieniane jako niepozadane na liscie profilu lokatorskiego przez wlascicieli mieszkan). Rzeczywiscie cale rodziny zajmuja kamienice, jedna, duza rodzina (ojciec, matka, 2 dzieci i babcia/dziadek) zajmuje pokoj z kuchnia (w realiach brukselskich to: salon, sypialnia, kuchnia i lazienka). Paradoks chce, ze wiekszosc pokojow z kuchnia wynajmowanych w Brukseli jest dla "maks. jednej osoby albo pary bez dzieci". Zwierzeta sa nawet poza kategoria - praktycznie zaden wlasciciel nie klaszcze na wiesc o tym, ze nasze mieszkanie bedzie zajmowal pies/kot/papuga. Za to kiedy przychodzi do afirmacji, czy mieszkanie jest czyste, zdarza sie, ze wlasciciel nie podaje do wiadomosci problemow z roznej masci zwierzetami towarzyskimi jak: karaluchy, pluskwy czy szczury. Tak, prosze Panstwa, w stolicy Europy ich nie brakuje.

Wrocmy jednak do sedna wpisu. Statystyczny imigrant, szczegolnie niezwiazany blisko (czy to przez rodzine, czy przez zasiedzenie), z wlasna mniejszoscia kulturowa, ma male szanse na znalezienie mieszkania. Jakiegokolwiek, bo popyt na mieszkania jest ogromny, a podaz...wyraznie maleje. Tak na rynku prywatnym, jak i na rynku mieszkan socjalnych. Wedlug danych flamandzkiej telewizji VRT, 10 000 mieszkan socjalnych stoi pustych, tymczasem na listach rezerwowych (odnawianych co roku), klebi sie 80 000 potencjalnych uzytkownikow. Podpisani w tych kolejkach potwierdzaja, ze w Brukseli na mieszkanie socjalne (a zatem relatywnie tanie w porownaniu do cen rynkowych), czeka sie kilka lat. I priorytet zostal ustanowiony dla rodzicow samotnie wychowujacych dzieci, rodzin wielodzietnych, bezdomnych czy dysponujacych bardzo niskimi dochodami (a najlepiej - aby te czynniki byly skumulowane). We Flandrii podobno na mieszkania socjalne czeka sie krocej, ale rowniez trzeba "odstac". Proba rozwiazania systemowego - czyli powolanie do zycia spolecznych agencji nieruchomosci (zasada - wlasciciel powierza swoje mienie na jakis czas, agencja szuka lokatora o okreslonym "spolecznym" profilu i wynajmuje mieszkanie, czesto w bardzo dobrym stanie), wciaz nie nasyca rynku, szukajacych mieszkan jest wciaz za duzo w porownaniu do stanu rzeczy.

W Brukseli mozna powiedziec, ze wlasciciel sobie, a lokatorzy sobie. Bo to troche inne swiaty. Pierwszy - chce jak najwiecej zarobic. Drugi - chce mieszkac w mozliwie najlepszych warunkach za mozliwie najnizsza cene. Sprzeczne interesy? Niemalze, jesli wezmiemy pod uwage oczekiwania wlasciciela co do profilu lokatora:

Osoba samotna, bezdzietna, niepalaca, niepijaca musi wplacac co miesiac 700 EUR za kawalerke skladajaca sie z 1 pomieszczenia! Dodajmy, ze wynagrodzenie minimalne w Brukseli to 1531 EUR brutto, po odjeciu podatkow (ktore sa najwyzsze dla osob samotnych i singli) pozostaje...700 EUR.

Innym problemem jest standard mieszkan w najmie. W Brukseli istnieje mozliwosc (choc jest to sprzeczne z kodeksem mieszkalnym i, w zwiazku z tym, z prawem), wynajmu mieszkania w piwnicy:


 W zasadzie na kazdej ulicy przechodzacy moze spotkac takie lokale. Niewystarczajaco naswietlone, wilgotne, w krotkim czasie staja sie pozywka dla grzyba i powoduja ubytek na zdrowiu. Owszem, z takiego mieszkania mozna uciec, podajac je jako "nie nadajace sie do zamieszkania", ale w praktyce ani dzielnica, ani sily porzadkowe nie przejmuja sie apelem lokatora. Ot, wybrales, to cierp.

Rozwiazaniem logicznym i oddolnym przy ogromnych cenach wynajmu i wygorowanych oczekiwaniach wlascicieli, jest faktycznie mieszkanie kolektywne. W przeciwienstwie do malych powierzchni zaieszkalych przez duze rodziny, takie mieszkanie jest wynajmowane na pokoje. Samowystarczalne, z lazienka, polaczeniem sieciowym, czesto malym aneksem kuchennym. Cena za taka przyjemnosc? Ano, trzeba jednak posiadac budzet 300-500 EUR miesiecznie. Co ciekawe, kiedys takie "koty" (francuski skrot od wspolokatorski), byly kojarzone wylacznie ze studentami. Teraz bardzo czesto taka forme zycia we wspolnocie wybieraja mlodzi profesjonalisci, czesto po 30-tce, ktorych laczy bycie singlem lub pozostawanie w niezobowiazujacym zwiazku. Dodajmy, ze wlasciciel moze liczyc na wiekszy naplyw gotowki (jesli oferuje mieszkanie 3-pokojowe, ma 3 osoby, a nie np. pare z dziecmi), stad relatywnie co 10 mieszkanie (dane z 2015 roku) jest wynajmowane w Brukseli jako KOT.

Wspaniale. Ale jesli: nie pracujesz, nie masz szans na zapomoge z OPS, jestes singlem i...az wlos jezy sie na glowie. Moze zatem squat? W Brukseli istnieje, ciagle niepelna, lista mieszkan opuszczonych albo w bardzo zlym stanie. Zajecie ich daje chociaz iluzje posiadania czegos, za co nie trzeba placic ciezkich pieniedzy (czyli, krotko mowiac, miec bilans wydatkow przynajmniej na poziomie zera). Bo jesli przeanalizujemy sytuacje mieszkania w przestrzeni, ktorej nie chcielibysmy powierzyc najlepszemu z naszych wrogow, za ktore trzeba zaplacic minimum 500 EUR (bez oplat za media), to warto podjac taki krok? I mieszkac do tego w samym centrum pieknego miasta, zwanego stolica Europy.
Zawsze tez mozna miec nadzieje na to, ze moze bedzie lepiej...bo kto jej nie ma.

4 czerwca 2017 roku, kulturowa gora lodowa

Uwielbiam schodzic w dol tej gory. A raczej - teraz schodze po lodzie razem z moimi studentami. I za kazdym razem, musze przyznac, studenci niedowierzaja, ze "az tyle wymiarow kultury jest niewidzialnych i ze nie mozemy kogos poznac po tym, jak wyglada". Mozemy co najwyzej, poprzez jezyk, jakiego uzywa, czy ubior, jaki wybiera powiedziec, jakiego jest pochodzenia. Ale potem - musimy sie tej osoby nauczyc tak jak uczymy sie jej kultury. Nurkujac w dalsza czesc jej swiata. Tu posluze sie danymi klimatologow, ktorzy badali realne gory lodowe: okolo 1/9 gory lodowej jest widzialna i namacalna, a reszta spoczywa w morzu, dryfujac w nim. Jesli wiec wyobrazimy sobie taka symboliczna gore wartosci kultury, dryfujemy z ogromnym bagazem, ktory otwiera sie, jesli mamy wytrych - otwartosc umyslu i chec eksploracji wglab innej kultury.

Teoria gory lodowej wziela sie z analizy genialnego antropologa, Edwarda T. Halla, ktory w 1976 roku opublikowal ksiazke "Poza kultura" - rewolucjonizujaca podejscie do kultury i do nas samych. Twierdzil bowiem, ze kultura jest przedluzeniem czlowieka, a czlowiek, dzieki swojej sile kreacji, sam wytwarza "przedluzenia", ktore pomagaja rozwinac kulture i jej osiagniecia. Co wiecej, poprzez reakcje ze swoim przedluzeniem, czlowiek przeksztalca symbol danej kultury w jej narzedzie. Tak jest na przyklad z jezykiem, czasem i przestrzenia (aspektami zajmujacymi poczesne miejsce w poszukiwaniach Halla, "Ukryty wymiar", "Bezglosny jezyk" sa tylko kilkoma pracami temu poswieconymi). Jesli odwolamy sie do slowa "woda" w jezyku, to zasadniczo wiele sie nie dowiemy. Ale jesli odwolamy sie do dzwiekow, jakie ona wydaje, konsystencji, koloru, wowczas trafimy na unikalne prawie dla kazdej kultury sformulowania, opisy, ktore rozwijaja i niejako przekraczaja biologiczne wlasciwosci tej substancji. Podobnie jest z kultura sama w sobie - wszystkie "ekstensje" - moda, sposob mowienia, ekspresja rodzaju, mowia o kulturze, o naszej tozsamosci. Przedluzenia kultury staja sie nami samymi.

Studenci wiec, konfrontujacy sie z kultura kraju, ktory ich przyjmuje, widzac, jak malo jest wymiarow tej kultury, ktore znaja (przewaznie odwoluja sie do jezyka, obserwowanych swiat czy rutyalow grzecznosciowych), i jak duzo jest jeczcze do odkrycia. Jest jeszcze inny aspekt, ktory uwiera. W ich kulturach czesto orientacja seksualna czy seksualnosc w ogole albo oficjalnie nie istnieje, albo jest ograniczona do relacji maz-zona za zamknietymi drzwiami. Maz-zona, warto podkreslic. Kiedy przybywaja do innej kultury sa nie tylko zazenowani "otwartoscia" i "wolnoscia" okazywania uczuc, ale takze wydaje im sie, ze orientacja inna niz tradycyjna heteroseksualna, jest eksponowana. Ze zdziwieniem stwierdzaja, ze jednak mimo demonstracji uczuc i spolecznego przyzwolenia na relacje LGBTQ, nie jest latwo "zobaczyc" seksualnosc danej osoby, choc w ich krajach "takie osoby wygladaja inaczej". Podobnie jest z wartosciami danej kultury - jak np religia. W spolecznosciach zachodu raczej nie ma zewnetrznych emblematow, ktore stanowia o wyznaniu. No, zdarza sie widziec osoby, ktore nosza krzyzyki. Ale poza tym - religia jest kwestia intymna i dla przybylych z kultur, gdzie religia dyktuje niejako sposob bycia i obchodzenia sie z innymi (bah, czesto jest bardziej znaczaca niz polityka i prawo swieckie), moze dojsc do szoku kulturowego. Ale o nim innym razem.












11 listopada 2016, Dziewczynka z Galicji

fot. National Archives of Ottawa
Nie, to nie dziewczynka proszaca o miedziaki "na chleb", choc tak mogloby sie wydawac na pierwszy rzut oka. Jest rok 1905, a ona, pewnie majac gdzies na boku ktoregos z rodzicow albo rodzenstwo, wyladowala w Kanadzie. Trzyma w reku bilet trzeciej klasy na przejazd transatlantycki statkiem sieci bielgijsko-amerykanskiej Red Star Line (dzis taki bilet kosztowalby w przeliczeniu ok 1200 EUR - wtedy bylo to ok 3 miesiecy wytezonej pracy).

Pewnie sam urzednik imigracyjny w Halifax (bo to port, do Ottawy dziewczynka dotrze pozniej), podziwial ja za odwage. Ubrana w stroj wiejski, jakby wracala wlasnie z nabozenstwa w kosciele (no bo plaszczyk i buciki juz lepszej kategorii), z malym tobolkiem zawinietym w bialy material (co tam bylo, pamiatki, swiete obrazki, a moze jedzenie?), jeszcze nie do konca zdaje sobie sprawe ze zmiany w swoim zyciu. Ot, powiedziano jej, ze jada daleko i ze pewnie juz nie wroca do wioski. Jest przejeta, za chwile czeka ja badanie lekarskie (ktore ma orzec, czy dziewczynka nadaje sie na imigrantke kanadyjska, czy trzeba ja odeslac z powrotem do Antwerpii), wypelnienie formularzy (czesto przekrecaja imiona i nazwisko, wiec trzeba pilnowac) i przydzial do obozu przejsciowego, gdzie bedzie czekac na dalsze decyzje w sprawie swojej rodziny.

Kattyna Szysz (bo tak ma najprawdopodobniej na imie dziewczynka z widokowki) zostawila wioske w Galicji - wtedy terytorium pod zaborem austriackim, dzis pewnie jej wioska znajdowalaby sie na terenie Polski albo Ukrainy. Jedno zycie - przyjaciele, krewni, sasiedzi, krowy, konie, psy i dobytek w biednych Chinach Europy. Drugie zycie - gdzies w pokoju w Kanadzie, moze z najblizsza rodzina, moze z nia sama zmuszona do dorosniecia w ciagu kilkunastu dni rejsu statkiem pasazerskim (choc wtedy jeszcze przewozono statkami surowce dla amerykanskiej strony - klebily sie na pokladzie i pod nim pojemniki z olejem napedowym, weglem), nierejestrowana na pokladzie - pasazerowie trzeciej klasy byli zbyt liczni i zbyt "malo wazni", aby sie nimi zajmowac - spala na drewnianej lawie razem z kilkoma setkami innych pasaserow, pewnie sluchajac gdzies w oddali orkiestry i programu muzycznego z tancami w czesci "kabinowej". Pewnie widziala ze swojej czesci pokladu blade panie z parasolkami, wcietymi taliami, panow z wasem i monoklami, jak grali w gry, jak spiewali i smakowali drinki na lezakach kompanii przewoznej. Moze probowala dogadac sie z innymi pozdroznymi ktorzy, jak ona, chcieli dostac sie do eldorado? Takich, jak ona, bylo przeciez wielu. W 1905 roku przewaznie wyjezdzali Zydzi z Rosji, ludnosc z zaborow: rosyjskiego i austriackiego, troche Niemcow, troche Belgow przytloczonych bieda i nierentownoscia ich gospodarstw. Troche typow niebezpiecznych dla ustroju (dzialaczy zwiazkowych, komunistow, troche zadluzonych, troche rzezimieszkow, ktorzy marzyli o wiekszych pieniadzach), troche upadlych kobiet, troche awanturnikow i lowcow przygod (zloto! ropa!). Byli i turysci angielscy - odizolowani w swoich lozach z programem artystycznym (panie mialy nawet lekcje haftu i robotek, aby utkac kolorowe pamiatki rejsu przez ocean). W pozniejszych latach - uciekali intelektualisci, artysci i uchodzcy. Byl na statkach kompanii Red Star Line (dzis muzeum migracji w Antwerpii) nawet sam Albert Einstein.

Jak skonczyla sie przygoda dziewczynki za wielka woda? Siec o tym milczy. Po wpisaniu jej nazwiska wyswietla sie tylko ten wiersz:

"Jej dlugi warkocz
konczy sie na koncu wielkiej wody
tam czeka Kanada

Polske zabrala w wezelek
tam beda ja ubierac
tam stanie sie kobieta

matka w obcym jezyku,
rozdarta miedzy dwoma wcieleniami
zyjaca zawsze po drugiej stronie

i warkocz, kiedy jest pozno
w pokoikach w Kanadzie
codziennie dluzszy w niej

na koncu wielkiej wody

*swobodne tlumaczenie utworu Bernarda Dewulfa "Dla Kattyny Szysz"

30 pazdziernika 2016, Polscy imigranci w Brukseli - 15 lat pozniej

fot. Adrian Van Leen
Dotarlam do archiwalnych studiow Instytutu Studiow Spolecznych UW (seria Prace Migracyjne nr 41) z 2001 roku: "Polscy nielegalni pracownicy w Belgii", autorstwa Aleksandry Grzymały-Kazłowskiej. Ciekawilo mnie, czy cos zmienilo sie w kategoriach (i statusie) pracownika, ktory przeciez juz od 2004 roku powinien byc pracownikiem legalnym, korzystajacym z dobrodziejstw obecnosci Polski w UE.

Badaczka posilkowala sie kilkoma przydatnymi pojeciami z zakresu socjologii, jak np. kapital spoleczny (opracowanym przez Jamesa Colemana w 1988 roku), katalizator/stymulant migracji i srodek ulatwiajacy osiaganie swoich celow na obczyznie oraz rodzaje kapitalu wedlug Pierre' a Bourdieu (1986) - spolecznego, ekonomicznego i kulturowego - zaleznosci, oczekiwan i zobowiazan, jakie mogli miec wobec siebie czlonkowie emigracji polskiej i ich rodziny oraz jakie mieli sami emigranci w postaci wiedzy fachowej (albo jej braku), predyspozycji i mozliwosci adaptacji do nowego kraju. Przepytano 23 osoby bedace w 2001 roku w Belgii, w wiekszosci w Brukseli.

Jak owczesnie podawaly szacunki polskich duszparsterstw i badaczy zajmujacych sie tematyka migracyjna (hmm, reprezentatywna liczba polskich gastarbeiterow chodzacych do kosciola na msze), w Brukseli zylo w 2001 roku ok 25 tys Polakow, a w calej Belgii ok 50 tys. (w 2015, wedlug oficjalnych statystyk, zarejestrowalo sie ok 68 403 Polakow w Belgii). Jak owczesnie wygladal portret Polaka jezdzacego za praca do Belgii? Byla to samotna, mloda kobieta, ktora zostawila rodzine w Polsce, pochodzila najczesciej z Podlasia (jak szacowali rozmowcy Grzymały-Kazłowskiej, 60-90 % przybyszy deklarowalo swoje pochodzenie z polnocno-wschodniej Polski), a precyzyjniej - trojkata Bialystok-Monki-Ciechanowiec oraz Siemiatycze, czyli relatywnie malych miast, miasteczek i wiosek w tamtych regionach.

Pochodzenie malomiasteczkowe implikowalo wiec zestaw cech mentalnych, jaki podaje badaczka: religijnosc, konserwatyzm, zamknietosc poznawcza, scisly podzial na dzien swiateczny i dzien zwykly, sentyment do kultury ludowej, wysokie spozycie alkoholu oraz nieznajomosc pewnych urzadzen, ktore w Belgii byly podstawowym sprzetem domowym (mikrofalowka, odkurzacz, dodajmy - zmywarka). Poziom edukacji rowniez nie byl imponujacy - choc kobiety, zdaniem badaczki, byly nieco lepiej wyksztalcone niz mezczyzni. Co jednak bylo porazajace - brak znajomosci jezykow (tak tak, nie tylko francuskiego, ale tez niderlandzkiego czy angielskiego) zmuszal polskich imigrantow do wykonywania "les travaux sales" - czyli prac najciezszych i najmniej oplacanych - czyli pomoc domowa (kobiety) i robotnik budowlany (mezczyzni). Co ciekawe - wystepuje takze dystans miedzy Polakami juz zasiedzialymi, pracujacymi legalnie i aktywnymi spolecznie, a tymi z szarej strefy:

"(...) stara Polonia odcina się od Polaków, którzy są ‘na czarno’. Oni nie chcą mieć z nami nic wspólnego. Oni uważają nas za gorszych.... No, odcinają się od nas totalnie w wypowiedziach. Jak oglądam jakiś dziennik belgijski i jest coś o Polakach, i są wypowiedzi jakiegoś takiego, to odcinają się totalnie. Oni nie chcą mieć z nami nic wspólnego. Nie chcą w ogóle rozmawiać. I to się czuje. Nawet jak zachodzisz do kościoła i jest stara Polonia, to oni pokazują, że są lepsi., ...stara Polonia nie utrzymuje z nami kontaktów" [Instytut Studiow Spolecznych]

a nawet - korzystanie z taniej sily roboczej "nielegalnych", ktorzy pracuja dla "patrona" zasiedzialego w Belgii czy sprzedawanie pracy (nawet kilka razy tej samej!).

Czy cos po 15 latach polskiej emigracji zarobkowej sie zmienilo? Wydaje sie, ze polska grupa imigrantow poddaje sie tym samym procesom, co w 2001 roku. Nadal mlodych, nieznajacych jezyka przybyszy rekrutuja inni, zasiedziali, ktorzy tez kiedys przeszli swoje w Belgii. Bardzo czesto, mimo musu legalnego zatrudnienia dla Polakow, pracujemy na czarno, w zawodach ponizej kwalifikacji (pomoc domowa i sektor budowlany). Szczesciarze (albo i nie), znajduja zatrudnienie w handlu jako sprzedawcy, przedstawiciele handlowi, zakladaja firmy czy biura sprzatajace. Profil jednak (male miasteczna, osoby slabo wyksztalcone, nie mowiace w jezykach oficjalnych i skupiajacy sie w konkretnych "centrach" Polonii -w Brukseli dzielnice Saint-Gilles, Anderlecht), wydaje sie nie zmieniac. Malo tego, jak pisze niezalezny dziennikarz Frederick Loore w swojej ksiazce "Belgique en soul-sol: immigration, traite et crime organise" z 2007 roku, istnieja lokalne filie handlarzy tania sila robocza, ktora posredniczy w kontaktach pracownik najemny-pracodawca i zbiera swoja "dole", ktora potem oferuje taniemu pracownikowi 10 EUR za godzine (to z kolei dane podane za dziennikiem "De Standaard" z 2006 roku).

Nie znalazlam zadnych miarodajnych studiow polskiej polonii po 2015 roku - a przeciez w doroslosc wchodzi kolejne pokolenie mlodych Polakow, ktorych rodzice zdecydowali sie wyemigrowac (i sprowadzic swoje rodziny, a takze wejsc w relacje z innymi nacjami mieszkajacymi w Belgii). Z moich obserwacji jednak wynika, ze drugie pokolenie wcale nie ma latwego zycia. Wciaz pokutuje teza starszych pokolen Polakow o tym, ze nie warto sie uczyc ani jezyka, ani kultury tego kraju, bo "sie zjedzie". Rownie dobrze brzmi wiec wyznanie jednej z rozmowczyn badaczki z 2001 roku w 2016 roku: "dzieci się porodziły, idą tutaj do przedszkola, potem już do szkoły. I co? Rodzic nawet nie jest w stanie przeczytać kartki ze szkoły. Albo zrobić spotkania u lekarza, tylko dzwonią: ‘Pomóż, przetłumacz.’. No wybacz. No wiesz mam taką opinię. Denerwuje mnie to. Uważam, że oni właśnie robią opinię Polaków takich, tylko do pracy, nic się uczy, nic nie wie". Kto zna Belgie i chce naprawde sie w niej osiedlic, ten wie, ze ten kraj jest jednym z nielicznych panstw w Europie, ktory promuje kstalcenie ustawiczne w niemal wszystkich zawodach, a sektor edukacji to jeden z bardziej rozwinietych sektorow w gospodarce.
Coz jednak, kiedy zaczynalo sie w tym samym i przez kilkanascie lat nie mialo sie czasu na doskonalenie umiejetnosci. Kroku w przod nie ulatwiaja lokalne tradycje, ktore polska emigracja przywiozla do Brukseli: "jak chodzę na śluby czy na chrzciny do ludzi z tamtych stron, z Białegostoku, to czuję się jak w Polsce. Zdziwiłam się, że coś takiego może być w środku Brukseli".

Jedyna powazniejsza roznica? W 2016 mamy ogromnie rozbudowana siec kontaktow via media spolecznosciowe. A tam - grupy "Polacy w Brukseli", "Polacy w Antwerpii", "Belgia: sprzedam, kupie, zamienie", "Belgia: oddam za darmo", polskie tygodniki online typu: niedziela.be albo belgia.net, gdzie handluje sie praca, mieszkaniami, uslugami (polskie kosmetyczki, dentysci, lekarze, transport do Polski, transport na lotnisko, tlumacze - naturalnie bez certyfikatu tlumacza). To stymuluje do pozostania w grupie homogenicznej jezykowo, do polecania albo odradzania korzystania z uslug konkretnej osoby. Do tymczasowosci i nadziei "na zjechanie" i osiedlenie sie w wychuchanym domu gdzies w swoich stronach.

Jako epilog (i cokolwiek inne spojrzenie na Polakow na emigracji), dodajmy, ze istnieje takze inna, dosc szybko rozwijajaca sie grupa Polakow - eurokraci. Swietnie wyksztalceni, znajacy jezyki obce (w tym niekoniecznie obowiazujace), chcacy sie ksztalcic (moje wieczorne zajecia z francuskiego sa zdominowane przez expatow i pracownikow agend UE) - a takze, choc trudno powiedziec, jakiego odsetka to dotyczy - chcacych po kontraktach wrocic do Polski albo wyjechac do innych krajow UE (karta dyplomatyczna nie liczy sie w stazu zamieszkania do ubiegania o obywatelstwo). Ci ludzie nie sa juz utozsamiani z dawna polska emigracja, choc pewnie takze nie maja wielu plaszczyzn spotkan z polska emigracja z polnocno-wschodniej Polski (chyba, ze zatrudniaja gosposie, opiekunki czy pracownikow remontowych). Ale to juz historia na kolejny wpis.


25 sierpnia 2016: Wiele halasu o burkini

Kiedy potomkini libanskich imigrantow w Australii - Aheda Zanetti - stworzyla nowa sportowa kreacje dla kobiet muzulmanskich (i takich, ktore z roznych wzgledow nie lubia sie rozbierac i obnazac swojej skory na sloncu), nie myslala, ze ten kawalek poliestru i spandexu bedzie przyczynkiem do dyskusji o wolnosc kobiet w islamie. Ze bedzie przyczynkiem do konfliktu politycznego i polaryzacji pogladow tak w gronie feministek, jak i socjalistow, Europejczykow, chrzescijan, wreszcie samych muzulmanow. Dyskutuje sie obecnie zaciekle o godnosci kobiet, o potencjalnej opresji religii, o "kwestiach higieny" czy wreszcie o kwestiach imigracji, ktora nie przestrzega europejskich standardow ubioru. Sa tacy, ktorzy ida dalej twierdzac, ze burkini jest przykladem "zniewalania kobiet" i akcentem promujacym terroryzm.

Trudno spierac sie, czy policja dobrze egzekwuje nowe rezolucje prawne, sankcjonujace ubior burkini na plazach kilkunastu francuskich miast. Wydaje sie, ze ten "ban" ma wylacznie polityczne pobudki i jest swego rodzaju niezgrabna odpowiedzia rzadzacych lokalnie na problem braku integracji spolecznosci muzulmanskiej w ich miastach. Tylko czy oznaka braku integracji i "muzulmanska prowokacja" jest skromny, zakrywajacy kobiece ksztalty ubior do plywania? Czy takie kobiety sa bardziej niebezpieczne niz radykalni kaznodzieje, ktorzy rekrutuja potencjalnych bojownikow?

Wydaje sie, ze politycy zaczeli rozprawiac sie z problemem rosnacych napiec religijnych i spolecznych nie od tej strony. Mam nawet wrazenie, ze dzialali z podobnych pobudek, jak polscy prawicowi politycy, zakazujacy calkowicie aborcji czy zaplodnienia in vitro. Jest to wiec raczej uklon w strone prawicowego elektoratu i zdobycie ich sympatii wyborczej w najblizszych miesiacach niz zachowanie prewencyjne majace promowac nowe wzorce zachowania. Jesli wiec nazwac jakos burkini (niewazne, czy jest slownym derywatem od slowa "burka"), to jest ona chyba bardziej kielbasa wyborcza, anizeli "atakiem na wartosci europejskie".

Wracajac zas do kwestii kobiet - co, jak slusznie pisze dziennikarka Al-Jazeeery Christina Cerqueira, jesli oddamy glos samym zainteresowanym - muzulmankom? Aheda Lanetti twierdzi, ze zostala przez francuskich politykow zle zrozumiana. Ten ubior "ma konotacje pozytywne - symbolizuje wolnosc i szczescie, fun, fitness i zdrowie, a teraz oni zadaja od kobiet, zeby wyszly z plazy i wrocily do swoich kuchni?". Muzulmanskie kobiety skarza sie na dyskryminacje (okazalo sie, ze juz nie sama burkini jest opresyjnym ubiorem dla innych plazowiczow, takze zwykly szalik i dlugi rekaw koszuli), slysza ze strony innych plazowiczow obserwujacych scene wypisywania mandatu przez policje, ze "powinny wrocic do swoich krajow". Poza raz kolejny ktos czegos zakazuje, mowi w imieniu kobiet tak, jakby chcial je miec pod kontrola - czy juz tego kiedys nie przerabialysmy?

Po raz kolejny mezczyzni i prawicowi politycy, ktorym zagranie burkini przysporzy wyborcow wsrod niezdecydowanych wychodza z miarka w glowach i decyduja, co jest moralnie dozwolone. Czy zatem Nigella Lawson, ktora ubierala burkini ze wzgledow zdrowotnych (nadwrazliwosc skory na slonce), rowniez celuje w dobry smak francuskich plazowiczow? Najbardziej boli w tym ambarasie zdanie wielu feministek, ktore publikuja fotografie zakutanych kobiet w nikabach powolujac sie na to, ze taki ubior nie jest ubiorem tradycyjnym i sluzy opresji kobiet w patrialchalnym spoleczenstwie. Owszem,  jest to ubior praktykowany w konkretnych kulturach (jak afganska burka). Ale czy nie jest kwestia wyboru i osobistych wolnosci, czy bedac muzulmanka w Europie ubieramy hijab, shalwar kameez czy ubior kojarzony globalnie z europejskim? Pozbawiajac kobiety decyzyjnosci, zmuszamy je do asymilacji- czy tym samym nie odwracamy sie od spolecznosci i zawieszamy rozmowy nad wspolnym byciem razem pod jednym dachem? Oddajmy glos tworczyni burkini:

"[Kiedy pierwszy raz plywalam w burkini], czulam sie wolna, pelna mocy. Czulam, ze ten basen jest moj [...] I wiecie co? Nosze bikini pod burkini. Mam to, co najlepsze z obu swiatow".



burkini, fot. materialy projektantki. Sprzedaz tego kostiumu wsrosla ostatnio o 200%