Polecany post

30 wrzesnia 2017, aaaa, chetnie pozbede sie polskiego akcentu

fot. Marcelo Moura Nie, to nie ogloszenie drobne w codziennym wydaniu lokalnej gazety. To tytul jednego z reportazy BBC z cyklu "Li...

15 pazdziernika 2017, jacy sa potencjalni polscy emigranci?




Copy: Andrzejrysuje.pl

Satyra w punkt trafiona. Punkt newralgiczny, bowiem jak gornolotnie ucza nas politycy, wraz z emigracja lekarzy, tracimy elite spoleczna. W ciagu kilkunastu lat wyjechalo z Polski (wedlug Naczelnej Izby Lekarskiej, 2016 za: Tygodnik Polityka) ok. 10,5 tys. lekarzy i ponad 2 tys. stomatologów oraz przeszło 17 tys. pielęgniarek. Czyli caly Barlinek i Aleksandrow Kujawski (miasta z ok 14 000 mieszkancow), albo dwa miasta Durbuy w Belgii (szacowane jako najmniejsze w kraju z liczba mieszkancow ok 10,633). Gdzie lekarze najczesciej zmierzaja? Niemcy, Niemcy, Niemcy. Potem Wielka Brytania, Hiszpania, ale takze Kanada, Zjednoczone Emiraty Arabskie czy USA. Jakie specjalnosci? Anestezjolodzy, patomofrolodzy, chirurdzy naczyniowi, ale i internisci. Zdaniem "Rzeczpospolitej" Polska plasuje sie w strefie zagrozenia brakiem lekarzy rodzinnych w malych miasteczkach, mamy najnizsza liczbe medykow na 100 tys. mieszkancow sposrod panstw nalezacych do OECD. 



Czy jednak tylko kadra lekarska mysli o emigracji? Firma rekrutacyjna Work Service przygotowala jak co roku swoj raport o emigracji wsrod Polakow. Przebadano 634 osoby z roznych czesci Polski, o roznym wyksztalceniu. Co wyszlo? Ano, ze najwieksza grupa chcaca emigrowac sa mieszkancy wschodnich rejonow Polski, o raczej nizszym wyksztalceniu. Szokujace jest jednak to, ze wiekszosc (w swietle badania 70% respodentow), ma w Polsce prace! I to nie byle jaka, bo srednia zarobkow wsrod tej grupy to ponad 3000 zl. Jesli jednak porownujemy ten poziom wynagrodzenia w Polsce z minimalnym wynagrodzeniem chocby w Belgii (1568 EUR w lipcu 2017), mozna spodziewac sie prostej kalkulacji na korzysc kraju frytek. Czy jednak ekonomiczna chec migracji jest pewnikiem? Jesli chodzi o naszych sasiadow zza Odry, nawet profesje lekarza mozna wykonywac bez dodatkowych egzaminow czy stazy. W innych krajach (jak np. Wielka Brytania czy Belgia), zawod lekarza, dentysty czy aptekarza sa zawodami chronionymi prawnie, to znaczy, ze mala liczba absolwentow kierunkow oznaczonych jako reglementowane, moze w efekcie wykonywac zawod, nie studiujac w danym kraju. Czesto aby wykonywac zawod lekarza w Belgii, trzeba po prostu studiowac od poczatku...Mozna probowac sie doszkalac, ale zwykle to wlasnie dyplom mowi o nas wiecej za granica niz doswiadczenie zawodowe. Jesli wiec potencjalna emigracja mysli serio o swojej karierze poza granicami, powinna realnie oszacowac swoj projekt zyciowy, bo czesto bajka konczy sie tak, ze samolot wypelniony lekarzami owszem, leci, ale ladowanie w danym panstwie moze byc twarde...


30 wrzesnia 2017, aaaa, chetnie pozbede sie polskiego akcentu

fot. Marcelo Moura
Nie, to nie ogloszenie drobne w codziennym wydaniu lokalnej gazety. To tytul jednego z reportazy BBC z cyklu "Listen to Britain". O tym, jak wielokulturowe sa Wyspy Brytyjskie, jak wiele narodowosci i kultur je zamieszkuje. I jak bardzo ich mieszkancy probuja odnalezc sie w tym tyglu - "dostosowac sie" (to fit in), zeby zacytowac brytyjskie medium.

Poznajmy wiec Kasie/Kashe, ktora od 27 lat jest mieszkanka Wielkiej Brytanii, w tej chwili przebywa w Kent. Widzimy, jak zmienial sie jej wizerunek przez lata bycia na emigracji, widac w tle rowniez kilka bibelotow wskazujacych na jej patriotyzm ("Dom jest tam, gdzie zostalo serce"). Jest dumna z bycia Polka. A jednak od kilku miesiecy przeszkadza jej jej polski akcent. Bohaterka reportazu wskazuje, ze dostaje nieprzyjazne komentarze od swoich rozmowcow. I ze uslyszala nawet o 'byciu nieuprzejma' w swoim miejscu pracy. Prawdopodobnie, jak przyznaje, przez swoj akcent. Jest jej bardzo przykro z powodu dyskryminacji Anglikow wobec niej i chce to zmienic przez...zmiane swojego akcentu. W tym celu bierze korepetycje z artykulacji u logopedy.

Przypomina mi to historie mojej brytyjskiej znajomej, ktora uczeszczala ze mna na kurs francuskiego. Jej sprawdziany pisemne byly zawsze wysoko oceniane przez nauczycielki. Ale wymowa - polecono jej pozbycie sie akcentu przez uczestnictwo w sesjach logopedycznych. Belgijskie pedagog twierdzily, ze dziewczyna ma problem z samogloskami na koncu wyrazow, ze zamiast "le figaro" wymiawia raczej: "ley figaroo" i ze jest "za bardzo brytyjska" w akcentowaniu wyrazow. Czasem prowadzi to do nieporozumien albo niezrozumienia (czy "lait russe" to nie "ley rousse"?), jednak moja znajoma nie poddala sie presji logopedow i mowi ze swoim akcentem. Wiecej, nie przeszkodzilo jej to w dostaniu pracy w miedzynarodowej firmie, gdzie jest cenionym ekspertem. W firmie francuskiej, dodajmy.

Dlatego nie dziwi reakcja internautow na film o Kasi/Kashy. Zreszta - reakcja mieszana. Wiekszosc pociesza kobiete, zeby mowila ze swoim akcentem i nie przejmowala sie innymi. Inni, przewaznie o polskich korzeniach, dziela sie na tych, ktorzy sa dumni z polskiego akcentu (ktory przeciez jest tylko jednym w tyglu akcentow z wielu zakatkow swiata). Przytoczmy jedna z opinii:

"Bede brutalnie szczery - ona po prostu udaje kogos, kim nie jest. Szkocki, walijski, geordie, cockney, yorkshire, wloski, francuski, hiszpanski, niemiecki, polski, rosyjski - wspaniale jest miec tak rozne akcenty w UK, to czyni ten kraj wielkim. Nie musisz mowic Kroleskim Angielskim aby byc szanowana - przede wszystkim szanuj siebie"

Inna opinia, sympatyzujaca z Kasha, zgola usprawiedliwa dazenia do zmycia z siebie tego trudniego polskiego brzemienia twardego akcentu:
"Nareszcie ktos mowi o rasizmie miedzy bialymi. Kraje Europy zachodniej postrzegaja cie jako kogos gorszego. Przyczep sobie polska flage do samochodu, a nastepnego dnia twoj samochod jest zdemolowany. Tak, sa lepsi Europejczycy i gorsi. [..] Czasem wole milczec niz cos powiedziec, dziwne spojrzenie wystarczy. Rozumiem jej chec nauczenia sie perfekcyjnego angielskiego".


Dodajmy, ze srodtytul reportazu to: "Akcent mowi wiecej, niz slowa". A gdyby tak odniesc sie do tego, co kryje sie za opiniami polskich internautow, ktorzy obejrzeli film? Co moze kryc sie za checia zamieszczania flagi polski na samochodzie albo przechowywania kubkow z polska estetyka? Portal natemat.pl przyjrzal sie blizej fenomenowi Polaka-emigranta i podzielil emigrantow na: swietnie wyksztalconych expatow, tych, co sobie moszcza "Mala Polske" i tych, co uciekaja od polskosci na emigracji. Jak wyglada Kasia/Kasha na tle tych portretow?

Wydaje sie, ze tez mosci sobie taka Mala Polske. Jednak wiele lat na obczyznie sprawilo, ze chce sie zasymilowac i dostosowac, takze jesli chodzi o brytyjski akcent. Czy jednak zmiana akcentu pomoze jej w realizacji planow zawodowych, socjalnych? Czy przysporzy jej przyjaciol? Kwestia akcentu to raczej jedna z warstw integracji w spoleczenstwie, tym bardziej tym wielokulturowym, gdzie kazda mniejszosc etniczna ma swoj wlasny, niepowtarzalny akcent. Wiecej - zamiast smucic sie, ze akcent pozostawia do zyczenia, moze po prostu go zaakceptowac i miec przewage nad autochtonami w tym, ze przeciez jestesmy dwujezyczni. A nawet (jak w Kanadzie czy Belgii), trojjezyczni. Wtedy kompleksy pojda spac i nie bedzie czczych oskarzen o dyskryminacje ze wzgledu na akcent. Emigranci - polubmy swoja oryginalnosc!




27 sierpnia 2017, wilkommenskultur - kultura goscinnosci w kryzysie ?

Male, senne flamandzkie masteczko Diest w prowincji Limburg. Poniedzialek w okienkach zwiazkow zawodowych ACV (zieloni, to znaczy chrzescijanscy), nie nalezy do gwarnych ani tlumnych, ledwie kilka osob w kolejce. Wsrod oczekujacych jest Polak, Sebastian H. Pobral numerek, odczekal swoje i po podejsciu do okienka wyciagnal bron, wymierzyl dwa strzaly i uciekl na swoim motorowerze Suzuki. Pracujaca w okienku kobieta nie miala szans.

Po tym zabojstwie (prawdopodobnie zemsta za nieudzielenie pomocy i odmowienie wsparcia finansowego - polski emigrant procesowal sie ze swoim szefem, ktory wygral w trybunale pierwszej instancji), w spolecznosci polskiej w Belgii opinie podzielily sie na te, ktore okreslaly Polaka mianem terrorysty (bo zabil niewinna osobe, ktora go nie znala), i na takie, ktore go usprawiedliwialy (bo nie dostal wystarczajacej pomocy, nie mial srodkow do zycia, przez problemy przestal racjonalnie myslec). Z relacji bylego szefa (tego, z ktorym Polak sie procesowal o odszkodowanie), wynika, ze Sebastian H. byl zwalniany 3 razy w ciagu 10 lat, "ze naduzywal substancji i ze falsyfikowal dokumenty pracy". Z relacji wlasciciela mieszkania, w ktorym przebywal Polak wynika zas, ze "mezczyzna czul sie oszukany, ze jego papiery nie byly w porzadku, ze nieslusznie pracodawca wygral z nim w sadzie". Zdaniem wlasciciela, Polak nie otrzymal pomocy, o jaka prosil i byl zdesperowany. Sebastian H. przegral z systemem, do ktorego chcial sie zwrocic o pomoc.

Czy zatem zdesperowanego mezczyzne, ktorego system zawiodl nazwac terrorysta, czy nie, nie jest pytaniem slusznym. Poprawniej bedzie spytac: czy Polak za bardzo nie wierzyl w panstwo socjalne i pomoc w sytuacji, kiedy sam nie byl swietym?

W Belgii, wedlug raportu Centrum Demokracji Bezposredniej, na jednego imigranta europejskiego rzad Belgii wydaje blisko 5 696 EUR rocznie, a na imigranta spoza Europy juz 10 115 EUR. Rocznie imigracja do Belgii kosztuje kraj 8 miliardow EUR. Co w efekcie produkuje takie liczby? Przede wszystkim swiadczenia socjalne (czyli pomoc spoleczna instytucji federalnych), oraz ochrona spoleczna (wypadek przy pracy, zasilki dla bezrobotnych, wakacje, zasilki rodzinne, emerytura obcokrajowcow zarejestrowanych w Belgii), a takze studia...oraz praca na czarno. W 2017 dziura budzetowa kraju w zakresie securite sociale wyniosla 2 mld EUR. Wedlug statystyk Centrum (zwiazanego z belgijska partia eurosceptykow Parti Populaire), sama praca na czarno to nieodzyskany uszczerbek 10 mld EUR w budzecie (ktory przeciez moglby zreperowac dziure), wiec imigracja (a raczej pomoc na rzecz integracji), slono kosztuje system. Jakkolwiek pozytywne sa inne dane - wedlug OECD imigracja do Belgii przynosi zysk w kiesie publicznej rzedu 3 500 EUR, jesli popatrzec na wykres ilustrujacy zestawienie wydatkow na ochrone spoleczna, maly kraj krola Filipa wydaje duzo:



Czy wiec takie zachowanie Polaka, jakby nie bylo przybysza do kraju, ktory go przyjal, a potem utrzymywal, oburza? Z pewnoscia polska imigracja (wedlug statystyk Eurostatu ok 80 tys Polakow mieszka w Belgii), bedzie miala mniej sympatyczne notowania. Juz teraz 60 % Belgow wierzy, ze w ich kraju jest za duzo imigrantow. Statystyki instytucji neutralnej jak OECD pokazuja zas, ze integracja (ktora jest zwlaszcza aktywnosc na rynku pracy), jest nizsza niz sredni europejski wskaznik parycypacji w spoleczenstwie przyjmujacym.


A moze problem w rozczarowaniu imigrantow jest gdzie indziej? Moze to kwestia krachu marzen o kraju, ktory przyjmie i ochroni, a nie pozwoli na porzucenie, skoro pracowalo sie, zylo w nim i jakos probowalo przetrwac (czy podrabiajac fiszki pracy, czy nie)? Niemcy maja ladne okreslenie, ktore weszlo do zycia codziennego po odwaznej deklaracji Angeli Merkel o przyjeciu miliona migrantow - kultura goscinnosci "wilkommenskultur". W tym roku, a wiec dwa lata po deklaracji niemieckiej kanclerz, Instytut Kantar Emid przeprowadzil badanie, czym jest kultura goscinnosci na 2014 osobach i jaki jest stosunek badanych do uchodzcow i imigrantow. Respondenci nadal uwazali ich kraj za goscinny, jednak preferowali integracje wysoko wykwalifikowanych imigrantow (70%), nad uchodzcami (59%). Blisko 40% zas nie chcialoby juz wiecej uchodzcow na ziemiach niemieckich. W Belgii nie powstal zaden sondaz, ale tendencje spoleczne (na miare badania europejskiego Ipsos), wydaja sie podobne.

Goscinnosc wiec istnieje, ale jest selektywna. Media publikuja mniej swiadectw zintegrowanych uchodzcow, agendy rzadowe ds. integracji cudzoziemcow szykuja zwolnienia pracownikow, sekretarz ds. Uchodzcow i Imigrantow podaje wzrost przestepczosci wsrod nielegalnych imigrantow (operacja Gaudi) i potrzebe reformy polityki migracyjnej na bardziej zaostrzona - to tendencje, ktora sprzyjaja wyciaganiu niebezpiecznych przeslanek dla wszystkich imigrantow. Pozwolmy wiec zacytowac belgijskiego polityka, ktory odwoluje sie nie do kultury goscinnosci, ale do "ludzkiej polityki", co prawda w kontekscie relokacji uchodzcow (w tej kwestii Belgia ma takze sporo do nadrobienia), jednak przeniesmy ja do kontekstu spolecznego imigrantow. Wielu z nas przeciez wciaz liczy na goscinnosc i danie szansy rozwoju profesjonalnego, spolecznego, w zamian za nalezyta kontrybucje do kasy narodowej. Wiecej ludzkiej polityki!




13 sierpnia 2017, artysci na uchodzctwie, czyli refleksje o fatum pamieci

Felix Nussbaum 'Exile'
Kiedy patrze na ten obraz (przypadkowo odkryty podczas grzebania w sieci, widzialam inne plotna na wystawie "Niewidzialne Museum" w centrum kultury Wiels), widze czlowieka zlamanego, bezradnego. Pomieszczenie, w ktorym skulil sie mezczyzna, jest puste, jakby zostalo juz oproznione na wyjazd. Na niemozliwie dlugim stole stoi tylko globus przypominajacy, ze dom bedzie od teraz gdzie indziej. Tam, gdzie bedzie wzglednie bezpiecznie, gdzie nie zapytaja, kto, jak i z kim. Gdzie bedzie mozna tworzyc jako artysta, a nie jako Zyd, muzulmanin, chrzescijanin, dziecko ulicy czy rodzina opozycyjnego polityka.

Ten obraz przypomina mi ksiazki, ktore ostatnio przeczytalam: "Emigranci", niemieckiego pisarza W. G. Sebalda i rodzimego Henryka Grynberga "Uchodzcy". Jedna i druga sa pozornie zapisami wspomnien autobiograficznych (Grynberg), lub biograficznych czterech postaci (fikcyjnych, choc wydaje sie, ze istniejacych naprawde po zapoznaniu sie z obszernym materialem zdjeciowym dolaczonym do ksiazki). Co je laczy? Wszystkie narracje sa tworzone przez postac z obrazu Nussbauma. Ludzi bez korzeni, odlaczonych jak gitara od pradu, od zycia. Zdolni do tworzenia, ale jakos pusci, bez energii, ktora popychala ich ku awangardzie w ich krajach. Niemcy, Polska, a docelowo Stany Zjednoczone, Szwajcaria, Izrael, Wielka Brytania. Grynberg nawet doslownie zauwaza, ze jeden z jego bohaterow, Marek Hlasko, po prostu nie potrafil pisac bez polskiej rzeczywistosci i tej mentalnosci, jednak odleglej od amerykanskiej. Frykowski czy sam Grynberg rowniez szukali inspiracji, ktorej jakos za oceanem bylo mniej. Byl alkohol, latwe okazje do zarobku, ale nie w zawodzie, w ktorym zablysneli w Polsce. Bohaterowie Sebalda z kolei izolowali sie od spolecznosci (w szklarni, w zakurzonym atelier, w odleglych zakatkach Europy), aby przeszlosc nie dawala znac. W obu ksiazkach niemozliwa ucieczka doprowadzala do samobojstw, samounicestwienia (terapia elektrowstraszami wujka Ambrosa), dziwactw (jak malowanie w pomieszczeniu pelnym smieci, bibelotow i ulatniajacego sie kurzu albo kontemplowanie starych plocien sprzed II wojny swiatowej przy uzyciu lupy w poszukiwaniu odpowiedzi na zabojstwo rodzicow). Pamiec rodzinna doprowadzala kolejne pokolenia do obsesyjnego szukania prawdy, grzebania w przeszlosci, w konfrontacji z trauma. Ale czy to spotkanie uleczalo? Na pewno dostarczalo wiedzy, co tak naprawde mialo miejsce. Bol jednak obecny jest w kazdej z opowiesci, kazdej karcie i zyciorysie. Nawet u czytelnika, ktory przeciez odbywa te podroze w przeszlosc, nierzadko wspominajac wlasne historie rodzinne.

Wrocmy do obrazu. Jako widz mozemy snuc tysiace przypuszczen. Ale po zapoznaniu sie z zyciorysem malarza, Felixa Nussbauma, szybko odkryjemy wspolna nic losow z jego malowanymi modelami i nim samym. Zydowskiego pochodzenia (jak wszyscy z powyzszych bohaterow), byl jednym z obiecujacych malarzy ruchu surrealisttycznego w miedzywojennych Niemczech. Po dojsciu do wladzy Hitlera najpierw ukrywal sie z zona Felka w Brukseli, a potem w Ostende. Kiedy Nazisci dotarli i tam, zostal przewieziony do Francji, a kiedy ukrywajacych sie malzonkow znaleziono w jednym z domow przyjaciol, zostali przetransportowani do Oswiecimia. Tam zginela cala rodzina Nussmauma: rodzice i brat. Ostatni z zyjacych czlonkow rodziny zmarl z wycienczenia w Stuthof.

Czy powinnam impregnowac czytajacych, kiedy opisuje historie z zeszlego stulecia? Nie, bo te historie i te narracje powtarzaja sie wsrod obiecujacych artystow-uchodzcow, ktorzy przybywaja do Europy teraz. Malarze, muzycy, poeci staraja sie o azyl, majac za soba wycienczajace podroze z wlasnych krajow, reperkusje, a czesto zabojstwa czlonkow rodziny przez rezim, ktorego byli przeciwnikami. Ta pamiec: o wlasnej ziemi, o rodzinie, o przodkach przesladuje i czasem nie pozwala na integracje, o jaka chodzi spolecznosci przyjmujacej. Jak napisal w lisciku post-it pewien somalijski uchodzca, mlody poeta, ktorego kiedys poznalam:
 "Jest wiele drzwi, ktore bede dla Ciebie zamkniete. Miej odwage je otworzyc, a wtedy przeszlosc przestanie Cie scigac. Przyszlosc zagosci na Twojej twarzy usmiechem i tysiacem motyli. Idz i odlec w chmurach".
Albo bohater Sebalda:
"Jest taka niemiecka okrutna bajka, w ktorej jesli tylko poddasz sie czarowi, bedziesz musial mu ulegac do konca, az Twoje serce peknie, bez wzgledu na to, ile pracy wlozyles w jego zdjecie - w tym kontekscie tym czarem jest pamiec, pisanie i czytanie".
Czytajmy, piszmy, i pamietajmy, chocby byla to lektura bolesna.

11 czerwca 2017, opowiesc o mieszkaniach w Brukseli

Dla tych, ktorzy nie pamietaja, pisalam juz o udrekach emigranta mieszkajacego w grupie po kilka osob na kilku metrach kwadratowych. Byly to realia brytyjskie, ale i w stolicy Europy zdarza sie coraz czesciej (i jest to, naturalnie, wymieniane jako niepozadane na liscie profilu lokatorskiego przez wlascicieli mieszkan). Rzeczywiscie cale rodziny zajmuja kamienice, jedna, duza rodzina (ojciec, matka, 2 dzieci i babcia/dziadek) zajmuje pokoj z kuchnia (w realiach brukselskich to: salon, sypialnia, kuchnia i lazienka). Paradoks chce, ze wiekszosc pokojow z kuchnia wynajmowanych w Brukseli jest dla "maks. jednej osoby albo pary bez dzieci". Zwierzeta sa nawet poza kategoria - praktycznie zaden wlasciciel nie klaszcze na wiesc o tym, ze nasze mieszkanie bedzie zajmowal pies/kot/papuga. Za to kiedy przychodzi do afirmacji, czy mieszkanie jest czyste, zdarza sie, ze wlasciciel nie podaje do wiadomosci problemow z roznej masci zwierzetami towarzyskimi jak: karaluchy, pluskwy czy szczury. Tak, prosze Panstwa, w stolicy Europy ich nie brakuje.

Wrocmy jednak do sedna wpisu. Statystyczny imigrant, szczegolnie niezwiazany blisko (czy to przez rodzine, czy przez zasiedzenie), z wlasna mniejszoscia kulturowa, ma male szanse na znalezienie mieszkania. Jakiegokolwiek, bo popyt na mieszkania jest ogromny, a podaz...wyraznie maleje. Tak na rynku prywatnym, jak i na rynku mieszkan socjalnych. Wedlug danych flamandzkiej telewizji VRT, 10 000 mieszkan socjalnych stoi pustych, tymczasem na listach rezerwowych (odnawianych co roku), klebi sie 80 000 potencjalnych uzytkownikow. Podpisani w tych kolejkach potwierdzaja, ze w Brukseli na mieszkanie socjalne (a zatem relatywnie tanie w porownaniu do cen rynkowych), czeka sie kilka lat. I priorytet zostal ustanowiony dla rodzicow samotnie wychowujacych dzieci, rodzin wielodzietnych, bezdomnych czy dysponujacych bardzo niskimi dochodami (a najlepiej - aby te czynniki byly skumulowane). We Flandrii podobno na mieszkania socjalne czeka sie krocej, ale rowniez trzeba "odstac". Proba rozwiazania systemowego - czyli powolanie do zycia spolecznych agencji nieruchomosci (zasada - wlasciciel powierza swoje mienie na jakis czas, agencja szuka lokatora o okreslonym "spolecznym" profilu i wynajmuje mieszkanie, czesto w bardzo dobrym stanie), wciaz nie nasyca rynku, szukajacych mieszkan jest wciaz za duzo w porownaniu do stanu rzeczy.

W Brukseli mozna powiedziec, ze wlasciciel sobie, a lokatorzy sobie. Bo to troche inne swiaty. Pierwszy - chce jak najwiecej zarobic. Drugi - chce mieszkac w mozliwie najlepszych warunkach za mozliwie najnizsza cene. Sprzeczne interesy? Niemalze, jesli wezmiemy pod uwage oczekiwania wlasciciela co do profilu lokatora:

Osoba samotna, bezdzietna, niepalaca, niepijaca musi wplacac co miesiac 700 EUR za kawalerke skladajaca sie z 1 pomieszczenia! Dodajmy, ze wynagrodzenie minimalne w Brukseli to 1531 EUR brutto, po odjeciu podatkow (ktore sa najwyzsze dla osob samotnych i singli) pozostaje...700 EUR.

Innym problemem jest standard mieszkan w najmie. W Brukseli istnieje mozliwosc (choc jest to sprzeczne z kodeksem mieszkalnym i, w zwiazku z tym, z prawem), wynajmu mieszkania w piwnicy:


 W zasadzie na kazdej ulicy przechodzacy moze spotkac takie lokale. Niewystarczajaco naswietlone, wilgotne, w krotkim czasie staja sie pozywka dla grzyba i powoduja ubytek na zdrowiu. Owszem, z takiego mieszkania mozna uciec, podajac je jako "nie nadajace sie do zamieszkania", ale w praktyce ani dzielnica, ani sily porzadkowe nie przejmuja sie apelem lokatora. Ot, wybrales, to cierp.

Rozwiazaniem logicznym i oddolnym przy ogromnych cenach wynajmu i wygorowanych oczekiwaniach wlascicieli, jest faktycznie mieszkanie kolektywne. W przeciwienstwie do malych powierzchni zaieszkalych przez duze rodziny, takie mieszkanie jest wynajmowane na pokoje. Samowystarczalne, z lazienka, polaczeniem sieciowym, czesto malym aneksem kuchennym. Cena za taka przyjemnosc? Ano, trzeba jednak posiadac budzet 300-500 EUR miesiecznie. Co ciekawe, kiedys takie "koty" (francuski skrot od wspolokatorski), byly kojarzone wylacznie ze studentami. Teraz bardzo czesto taka forme zycia we wspolnocie wybieraja mlodzi profesjonalisci, czesto po 30-tce, ktorych laczy bycie singlem lub pozostawanie w niezobowiazujacym zwiazku. Dodajmy, ze wlasciciel moze liczyc na wiekszy naplyw gotowki (jesli oferuje mieszkanie 3-pokojowe, ma 3 osoby, a nie np. pare z dziecmi), stad relatywnie co 10 mieszkanie (dane z 2015 roku) jest wynajmowane w Brukseli jako KOT.

Wspaniale. Ale jesli: nie pracujesz, nie masz szans na zapomoge z OPS, jestes singlem i...az wlos jezy sie na glowie. Moze zatem squat? W Brukseli istnieje, ciagle niepelna, lista mieszkan opuszczonych albo w bardzo zlym stanie. Zajecie ich daje chociaz iluzje posiadania czegos, za co nie trzeba placic ciezkich pieniedzy (czyli, krotko mowiac, miec bilans wydatkow przynajmniej na poziomie zera). Bo jesli przeanalizujemy sytuacje mieszkania w przestrzeni, ktorej nie chcielibysmy powierzyc najlepszemu z naszych wrogow, za ktore trzeba zaplacic minimum 500 EUR (bez oplat za media), to warto podjac taki krok? I mieszkac do tego w samym centrum pieknego miasta, zwanego stolica Europy.
Zawsze tez mozna miec nadzieje na to, ze moze bedzie lepiej...bo kto jej nie ma.

4 czerwca 2017 roku, kulturowa gora lodowa

Uwielbiam schodzic w dol tej gory. A raczej - teraz schodze po lodzie razem z moimi studentami. I za kazdym razem, musze przyznac, studenci niedowierzaja, ze "az tyle wymiarow kultury jest niewidzialnych i ze nie mozemy kogos poznac po tym, jak wyglada". Mozemy co najwyzej, poprzez jezyk, jakiego uzywa, czy ubior, jaki wybiera powiedziec, jakiego jest pochodzenia. Ale potem - musimy sie tej osoby nauczyc tak jak uczymy sie jej kultury. Nurkujac w dalsza czesc jej swiata. Tu posluze sie danymi klimatologow, ktorzy badali realne gory lodowe: okolo 1/9 gory lodowej jest widzialna i namacalna, a reszta spoczywa w morzu, dryfujac w nim. Jesli wiec wyobrazimy sobie taka symboliczna gore wartosci kultury, dryfujemy z ogromnym bagazem, ktory otwiera sie, jesli mamy wytrych - otwartosc umyslu i chec eksploracji wglab innej kultury.

Teoria gory lodowej wziela sie z analizy genialnego antropologa, Edwarda T. Halla, ktory w 1976 roku opublikowal ksiazke "Poza kultura" - rewolucjonizujaca podejscie do kultury i do nas samych. Twierdzil bowiem, ze kultura jest przedluzeniem czlowieka, a czlowiek, dzieki swojej sile kreacji, sam wytwarza "przedluzenia", ktore pomagaja rozwinac kulture i jej osiagniecia. Co wiecej, poprzez reakcje ze swoim przedluzeniem, czlowiek przeksztalca symbol danej kultury w jej narzedzie. Tak jest na przyklad z jezykiem, czasem i przestrzenia (aspektami zajmujacymi poczesne miejsce w poszukiwaniach Halla, "Ukryty wymiar", "Bezglosny jezyk" sa tylko kilkoma pracami temu poswieconymi). Jesli odwolamy sie do slowa "woda" w jezyku, to zasadniczo wiele sie nie dowiemy. Ale jesli odwolamy sie do dzwiekow, jakie ona wydaje, konsystencji, koloru, wowczas trafimy na unikalne prawie dla kazdej kultury sformulowania, opisy, ktore rozwijaja i niejako przekraczaja biologiczne wlasciwosci tej substancji. Podobnie jest z kultura sama w sobie - wszystkie "ekstensje" - moda, sposob mowienia, ekspresja rodzaju, mowia o kulturze, o naszej tozsamosci. Przedluzenia kultury staja sie nami samymi.

Studenci wiec, konfrontujacy sie z kultura kraju, ktory ich przyjmuje, widzac, jak malo jest wymiarow tej kultury, ktore znaja (przewaznie odwoluja sie do jezyka, obserwowanych swiat czy rutyalow grzecznosciowych), i jak duzo jest jeczcze do odkrycia. Jest jeszcze inny aspekt, ktory uwiera. W ich kulturach czesto orientacja seksualna czy seksualnosc w ogole albo oficjalnie nie istnieje, albo jest ograniczona do relacji maz-zona za zamknietymi drzwiami. Maz-zona, warto podkreslic. Kiedy przybywaja do innej kultury sa nie tylko zazenowani "otwartoscia" i "wolnoscia" okazywania uczuc, ale takze wydaje im sie, ze orientacja inna niz tradycyjna heteroseksualna, jest eksponowana. Ze zdziwieniem stwierdzaja, ze jednak mimo demonstracji uczuc i spolecznego przyzwolenia na relacje LGBTQ, nie jest latwo "zobaczyc" seksualnosc danej osoby, choc w ich krajach "takie osoby wygladaja inaczej". Podobnie jest z wartosciami danej kultury - jak np religia. W spolecznosciach zachodu raczej nie ma zewnetrznych emblematow, ktore stanowia o wyznaniu. No, zdarza sie widziec osoby, ktore nosza krzyzyki. Ale poza tym - religia jest kwestia intymna i dla przybylych z kultur, gdzie religia dyktuje niejako sposob bycia i obchodzenia sie z innymi (bah, czesto jest bardziej znaczaca niz polityka i prawo swieckie), moze dojsc do szoku kulturowego. Ale o nim innym razem.